Wywiad z Adamem  Baumannem- Julia Kiełbus SCKiW

 

altAdam Baumann  (ur. 27 marca 1948 roku w Grudziądzu) polski aktor teatralny, filmowy i telewizyjny.

 

            Występował w wielu polskich teatrach, m.in. w Teatrze Ziemi  Pomorskiej w Grudziądzu (1967-74), Teatrze im. S. Jaracza w Olsztynie (1974-77), Teatrze S. Wyspiańskiego w Katowicach (od 1977). Kolejne sezony w Teatrze Śląskim w Katowicach przyniosły liczne wspaniałe kreacje, m.in. Wielkiego Księcia w Nocy Listopadowej i Caramanchela w Zielonym Gilu, za tę rolę otrzymał swoja pierwsza Złotą Maskę w roku 1982.

 W sumie Złotych Masek ma pięć za role: Salieriego w Amadeuszu, Papkina w Zemście Aleksandra Fredry, Sganarela w Don Juanie oraz Ojca w Pułapce Różewicza.

            Na deskach różnych teatrów pracuje już ponad czterdzieści lat a do Sławy przyjeżdża od trzydziestu. Ze względu na sentyment do pojezierza sławskiego Pana Adama Baumann zgodził się udzielić nam krótki wywiad. Tak więc zamieszczamy go na łamach naszej strony internetowej życząc miłej lektury.

 

Julia Kiełbus : Jak zaczęła się Pana przygoda z aktorstwem, od samego początku wiedział Pan że zostanie aktorem? A może czuł Pan jakieś powołanie?

 

Adam Baumann: Od razu muszę powiedzieć, że o żadnym powołaniu nie było mowy. Moim marzeniem było latanie, na początku w aeroklubie, a później marzyłem o szkole oficerskiej lotniczej . Moje plany legły w gruzach w sześćdziesiątym czwartym roku kiedy to na badaniach lekarskich okazało się , że mam wadę wrodzoną prawego oka. Była to niewielka wada, ale w tamtych czasach dyskwalifikowała mnie jako pilota. Aktorstwem zainteresowałem się w ostatniej klasie liceum. Zacząłem grać w kabarecie, który założyli moi koledzy ze szkoły, generalnie chodziło o to żeby urwać się z lekcji np. z chemii czy fizyki. No i tak to się zaczęło. Później stanąłem przed decyzja wyboru uczelni wyższej, chciałem zdawać na filologię polską,  na studia aktorskie namówił mnie mój profesor. W sześćdziesiątym siódmym roku pojechałem na egzamin do Warszawy zdawałem do szkoły aktorskiej cztery razy rok po roku. Zdając za czwartym razem powiedziano mi, że szkoła już mnie niczego nie nauczy, bo już wtedy  pracowałem jako adept w Grudziądzu, w moim rodzinnym mieście. Jednak musiałem zdać dyplom eksternistyczny, który otrzymałem z rąk  Pani Ryszardy Hanin , Pana Aleksandra Bardiniego oraz Pana Jana Świderskiego. Było to najlepsze grono profesorów polskiej szkoły aktorskiej. Po Grudziądzu był jeszcze Olsztyn i Teatr im. Jaracza (tu spędziłem trzy sezony), aż w końcu zaproponowano mi prace w Teatrze Śląskim w Katowicach. Z tymi Katowicami to był nomen omen byłem tam w sześćdziesiątym czwartym na Mistrzostwach Modeli Latających i jedne z modeli mi uciekł, a po tylu latach wróciłem i Katowice stały się moim drugim domem.

 

J.K: Podobno tak się dzieje, że jeżeli się coś zostawi w danym miejscu to na pewno się do niego wróci.

 

A.B: Tak ponoć tak jest, ale w Sławie nic nie zostawiłem, a wracam tu już trzydzieści lat, no może prócz serca.

 

J.K: Czy lubi Pan swoją prace?

 

A.B: Wie Pani, oczywiście, że lubię może to będzie banał co powiem, ale gdybym jej nie lubił to bym jej nie wykonywał. Uważam,  że jeżeli człowiek lubi to co robi to najczęściej robi to dobrze.

 

J.K: Skąd czerpie Pan energię do pracy?

 

A.B: Energia to jest to co się wynosi z domu. Ja w domu nie pracuję, mój dom służy  mi do relaksowania się i do wypoczynku. Uważam, że do przygotowania się do roli są próby. Przygotowanie spektaklu trwa plus minus dwa miesiące, natomiast próby odbywają się każdego dnia cztery godziny przed południem i cztery godziny po południu, więc jest co robić. W domu lubię poczytać, obejrzeć jakiś dobry film na dvd, popatrzeć na kanały informacyjne.

 

J.K: Czyli remedium na energię do pracy jest niełączenie życia zawodowego z prywatnym? Dom to świętość ? 

 

A. B: Tak to właśnie traktuję, żadne posłannictwo żadne powołanie to jest praca jak każda inna, oczywiście bardzo ciekawa, bardzo wyczerpująca, ale dająca dużo satysfakcji.

 

J.K: Czy ma Pan tremę ?

 

A.B: Ona zawsze jest , ale ta przysłowiowa trema jest bardzo mobilizująca, taki zastrzyk adrenaliny. Człowiek robi się al dente.

 

J.K: Czy może Pan przytoczyć jakąś śmieszną anegdota związaną z Pana pracą? 

 

A.B: Oczywiście, że tak . Mam taką jedną, ale ona nie nadaje się do publikacji. Ta anegdota dotyczy mojego przejęzyczenia, pech chciał że to miało miejsce na spektaklu dla dzieci. Kiedy doszło do tej niefortunnej pomyłki okazało się, że jestem sam na scenie , wszyscy uciekli.

Teraz gram w Szekspirowskim „Poskromieniu Złośnicy”, moi młodsi koledzy już nawet nie patrzą mi w oczy gdy gramy ten spektakl, ponieważ ugotowaliby się totalnie.

 

J.K: Kiedy zaczynał Pan  swoją przygodę z aktorstwem czy miał Pan mentora, wzór do naśladowania ?

 

A.B: Oczywiście, że tak. Myślę o tych wszystkich naszych wielkich aktorach. Pamiętam jak zobaczyłem po raz pierwszy w telewizji „Kariera Artura Ui” z Panem Tadeuszem Łomnickim po prostu oniemiałem, wiedziałem że taka rola wymaga niesamowitej precyzji, zaangażowania. Dla mnie było to genialne. Zobaczyłem też Marka Walczewskiego w „Matce” Witkacego i również byłem pod ogromnym wrażeniem. Pomyślałem sobie wtedy, żeby móc tak kiedyś zagrać. Jeżeli chodzi o wzór to tym wzorem był dla mnie Tadeusz Łomnicki. 

 

J.K: Jedną z ważniejszych ról filmowych jest rola ojca Ryszarda Rydla w filmie „Skazany na bluesa”. Czy rola ta wpłynęła w jakiś sposób na Pana rozpoznawalność?

 

A.B: Tak ludzie mnie kojarzą, często proszą o autograf. Poznałem żonę Ryśka, Małgośkę, która nazywali Gola. Poznałem również jego dzieci Sebastiana i Karolinę. Rozmawiałam z nimi, wiedziałem jaki ten ojciec był. Interesował mnie przede wszystkim stosunek Małgosi do teścia i dzieci, do dziadka. On był taki jakiego go zagrałem. Był człowiekiem twardym. Jestem rozpoznawalny, ale nie tylko z roli w „Skazanym na bluesa”, miałem przyjemność zagrać w jednym z pierwszych seriali historycznych „Znak orła”. Grałem tam jak zwykle niezbyt przyjemną rolę. Po pierwszej emisji tego serialu dzieciaki na drzwiach mojego mieszkania w Katowicach wymalowały mi swastykę. Grałem tam niemieckiego szpiega, stąd te złe konotacje.

 

J.K: Z tego co wiem to rola w filmie „Skazany na bluesa„ bardzo Panu odpowiadała bo prywatnie jest Pan miłośnikiem tego rodzaju muzyki?

 

A. B: Tak. Prywatnie lubię bluesa. Zawsze w rocznice śmierci Ryśka łączy się ze mną radio z Piekar Śląskich. Opowiadam im, że jestem tu w Sławie Śląskiej i że wszystko kojarzy mi się z Ryśkiem i z tym filmem, bo nawet na grzyby jeżdżę do Goli, a Gola to żona Ryśka.

 

J.K: Jak Pan odkrył Sławę?

 

A.B:  To był czysty przypadek, przywieźli mnie tu moi sąsiedzi, byli znajomymi Pani Eleonory Kozińskiej ówczesnej dyrektorki Ligi Obrony Kraju. Przywieźli nas tu w 1981 roku i zauroczyło nas to miejsce. Kierownictwo się zmieniało, a my nadal przyjeżdżaliśmy, to trwało kilkanaście lat. A potem ktoś nam powiedział, że jest wspaniałe miejsce u Państwa Bajonów i u tych Państwa jesteśmy już czternasty rok. Przyjeżdżamy tu przynajmniej na trzy tygodnie w każde wakacje. Tamta Sława miała swoje uroki.

 

J.K: A co Pana urzekło w naszej miejscowości?

 

A.B: Generalnie wszystko. Te prymitywne warunki w ośrodku LOK-u, mięliśmy własna klamkę do wychodka, mam jeszcze takie wspomnienie z woda sodowa kapslowaną, kiedy chcieliśmy ją kupić w okresie lipcowo-sierpniowym powiedziano nam, że woda reglamentowana jest dla żniwiarzy, co się dzisiaj w głowie nie mieści. I wiele, wiele  innych dziwnych rzeczy. To były dziwne czasy, ale świetnie było. Przyjeżdżamy tu z roku na rok i widać jak ta Sława się zmienia, pamiętam jak w Kościele w Starym Rynku był magazyn mebli, to był początek lat 80-tych. Nagle przyjeżdżamy patrzymy jest parafia. Genialne jest  to, że teraz jak przyjeżdżamy wszyscy witają nas bardzo serdecznie,  to jest bardzo miłe, opowiadają co się wydarzyło, co się zmieniło dosłownie jak w rodzinie. Wracamy tu jak do domu. Jest w nas radość, że znowu jedziemy do Sławy i że znowu będziemy razem.

 

J.K: Jak Pan ocenia zmiany, które zaszły w ostatnim czasie?

 

A.B:  Jak zobaczyłem w tym roku bulwar nad jeziorem to powiedziałem „tak trzymać, tak trzeba robić”. Jeszcze przydałoby się wyremontować kapitanat po LOK-u, jest pięknie wbudowany w skarpę. Gdyby zrobić tam marinę z prawdziwego zdarzenia, napewno zwiększyłaby się frekwencja turystów chociaż i tak zauważam, że ten napływ jest większy niż w ubiegłych latach.

Myślę, że dopóki zdrowia i sił wystarczy to będziemy tu przyjeżdżać. Wiem, że tutaj mam wszystko czego potrzebuję,  spokój i świeże powietrze.

 

J.K: Dziękuję bardzo za wywiad i do zobaczenia za rok.

 

A.D: Do zobaczenia 

alt

 
Please wait while JT SlideShow is loading images...
StołówkaStołówkaStołówkaStołówkaStołówka
Nasi partnerzy

Urząd Miejski w SławieKomenda Powiatowa Policji we Wschowie Ochotnicza Straż PożarnaGazeta Lubuska WOPR Ratownictwo Wodne SławaBank Spółdzielczy we WschowieZiemia WschowskaGłogów MIXNadleśnictwo Sława ŚląskaZWiK Sława Sp. z o.o.Gospodarstwo ekologiczne AgatkaBrowar EDIKozie Sery PazdrowscyRELAXRadio plus GłogówTarczyński

 
 
 
 
  Licznik odwiedzin